Przyznam szczerze, że gdy recenzowałem kilka tygodni temu najnowszy wtedy singiel legendarnego wokalisty R'n'B, miałem poważne wątpliwości co do tego, czy autor jednych z najlepszych, soulowych bangerów lat '90-tych i wczesnych "zerówek", jak i niezliczonej ilości znakomitych featuringów, jeszcze kiedykolwiek się podniesie. Problemy z Jayem-Z, z którym jakiś czas temu wyruszył w trasę koncertową - ostatecznie przerwaną w połowie w atmosferze skandalu, do tego procesy o uwodzenie i dopuszczanie się mało przyzwoitych czynów z nieletnimi dziewczynami, plus kilka kompletnie badziewnych singli, a na dokładkę wyciek płyty do Sieci na kilka tygodni przed jej (planowaną) premierą ponad rok temu, i - wskutek tego - ostateczne z niej zrezygnowanie. Seria nieszczęść jak niemal jak u biblijnego Hioba - to wszystko, wydawało mi się, doprowadziło R. Kelly'ego do postradania zmysłów i nagrania okropnie tandetnego, pseudopołudniowego kawałka, który przypominał - wyrzucone na śmietnik muzyki - niedojedzone przez Soulja Boya ochłapy.Było jak było. R. Kelly właśnie wydał kolejny singiel, Number One. Utworu zacząłem słuchać pi razy oko 10 minut temu, i do teraz zbieram szczękę z podłogi. Featuring Keri Hilson, którą wielu z was może kojarzyć z The Way I Are Timbalanda - dziewczyna po raz kolejny spisała się na medal. Mało tego - sam kawałek to jeden z najlepszych, najbardziej bujających, najbardziej kołyszących głową slow-jamzów, które wyszły w Stanach w ostatnich latach. Przywrócił moją wiarę w ten - coraz bardziej plastikowy - gatunek. Dlaczego?



Machina promocyjna mimo samego środka okresu urlopowego ruszyła, a
Keri Hilson zadebiutowała na szerszą skalę w megahicie
Atak
Dopiero co informowaliśmy was o premierze nowego klipu
W oczekiwaniu na premierę płyty 











