No i doczekaliśmy się. Drugi, solowy album jednej z największych skandalistek brytyjskiej muzyki pop. Trzeba przyznać, że Lily Allen to nie jest zwykła gwiazda popu - bardziej możnaby ją rozpatrywać jako autorkę osobnego trendu w muzyce. Jej debiutancki album, Alright, Still sprzedał się w ponad 2'500'000 kopii na całym świecie - przy okazji robiąc z Lily stałą bywalczynię tabloidowych artykułów oraz inspirację dla niezliczonej ilości domorosłych gwiazdek popu, nie tylko brytyjskiego zresztą - wystarczy tutaj wspomnieć choćby o przełamującej kulturowe tabu Katy Perry, amerykańskiej autorce I Kissed A Girl, jednego z największych przebojów ubiegłorocznych wakacji.
Na plus trzeba zaliczyć obecność na albumie jednego producenta, który czuwał nad całym materiałem - inaczej, niż w przypadku Alright, Still, gdzie producentów było całe multum, nad nową płytą z Lily pracował jedynie Greg Kurstin - sprawia to, że album jest mniej chaotyczny niż poprzedni. Mamy tutaj jednak obecne wpływy rozmaitych gatunków muzycznych: jest trochę europdisco, jest synthpop, jest electropop, jest też całkiem sporo rytmicznych sekcji dęciaków - mieszanka zgoła eklektyczna.














