
Po trzeciej płycie
The Game'a spodziewałem się czegoś zupełnie innego - nachalnie hitowych podkładów ze średnim raperem, którego sztuczność czuć na kilometr. Na "
L.A.X." otrzymałem coś zupełnie innego –
podkłady, choć są hitowe, to znacznie bardziej wysmakowane niż wcześniej, natomiast na pierwszy plan wysunął się główny aktor, który może was bardzo mocno zaskoczyć.The Game stał się cięty, efektowny, jego styl jest płynniejszy, miły dla ucha, wersy dłużej zostają w głowie, a jego charyzma czasami prosi, żeby posłuchać płyty jeszcze raz.
Co prawda zestaw tematów nie zmienił mu się ani trochę – jeśli nie nawija o gangsterce i Los Angeles to przechodzi do Dr. Dre i follow-upowania starych klasyków. Ale tym razem robi to znacznie lepiej i jest w tym dużo bardziej przekonywujący.