x

Płyta Tygodnia: The Flaming Lips "Embryonic"

Na początku myślałem, że będzie to Junior Boys i ich perfekcyjne Begone Dull Care. W maju zawahałem się, czy może Kanadyjczycy nie powinni oddać palmy pierwszeństwa Grizzly Bear. Teraz jestem już pewien. Przed wami Płyta Roku wg Spinnera - Embryonic!

W The Flaming Lips najlepsze jest to, że grają już ćwierć wieku, lider Wayne Coyne dobiega pięćdziesiątki, a i tak tworzą muzykę, do której nie jest w stanie podskoczyć niemal żaden młodziak.


Sama postać Coyne'a to temat na niezły reportaż. Koleś mógłby być ojcem połowy wykonawców sceny indie, a ma w sobie więcej rock'n'rolla niż oni razem wzięci. I choć generalnie Wayne gra w tej samej lidzie, to nikogo na siłę nie zamierza do siebie przekonywać.

Od razu przypomina się jak Coyne, nie przebierając w słowach, skrytykował Arcade Fire.

"Graliśmy kilka koncertów razem i zauważyłem, że oni traktują ludzi jak gówno", powiedział w Rolling Stone. "Za kogo oni się uważają?"

I zaraz odpowiedź Arcade Fire publikowana na oficjalnej stronie, tonem pełnym wyrzutu i self-użalania...

O The Flaming Lips świat na dobrą sprawę usłyszał dziesięć lat temu za sprawą doskonałego The Soft Bulletin. Od tamtej pory każda płyta grupy była już jednak wydarzeniem. Embryonic też nim jest.

"Moim zdaniem mamy gotowy zestaw świetnie brzmiących piosenek. Część z nich brzmi jak skrzyżowanie Johna Lennona z Milesem Davisem", ogłosił światu kilka miesięcy temu Wayne Coyne.

To były pierwsze porównania, jakie pojawiły się w związku z Embryonic. Potem zespół wyznał, że nie zamierza w żaden sposób się ograniczać i dlatego zdecydował się na wydanie podwójnego albumu. Punktem odniesienia miał być The White Album Beatlesów i Physical Graffiti Led Zeppelin.

My do tych muzycznych konfiguracji dodalibyśmy jeszcze Pink Floyd. Faktem jest, że z tego niecodziennego połączenia powstała płyta doskonała. Embryonic.

Kakofoniczna gitara, multum nieskładnych dźwięków, wreszcie żwawy, podrywający rytm. Tak zaczyna się odlotowy numer Convinced of The Hex. Zaraz potem czeka nas strzał między oczy za sprawą gęstego The Sparrow Looks Up at The Machine, które doprowadza nas do wyciszenia - cudownej, melotronowej kompozycji Evil.

Po dziesięciu minutach jesteśmy w stanie Coyne'owi przepisać w testamencie wszystkie oszczędności, a przecież to tylko początek. Bo przed nami jeszcze mocarne See The Leaves (kojarzycie Lament King Crimson?), quasihendrixowe arcydzieło Powerless czy orzeźwiająco kojące The Impulse.

Embryonic to wielka podróż do przełomu lat 60/70, gdy Pink Floyd ostro eksperymentowali na scenie, Miles Davis odkrywał uroki jazz-rocka, a nad wszystkim unosiła się mgiełka psychodelicznego absurdu. Czuć tu szaleństwo Syda Barretta (Watching the Planets, Sagittarius Silver Announcement), czuć straceńczy liryzm wczesnego King Crimson (Evil, If). Ale przede wszystkim jest to The Flaming Lips - w wydaniu najbardziej awangardowym i chyba najbardziej fascynującym.

Czapki z głów.

Dodaj komentarz

Reklama

Artysta Tygodnia:

WaldemarKasta

NASI BLOGGERZY

  • Mateusz Natali Mateusz Natali
    Młody, uzależniony od pasji. Nałogowo pali mikrofony, chłonie dożylnie rap od boombapu po południe.
  • Robert Inglot Robert Inglot
    Kolekcjoner dobrych melodii i niebanalnych brzmień. Dźwięki durne i wtórne omija szerokim łukiem.
  • Daniel Wardzinski Daniel Wardzinski
    Fanatyk i fundamentalista. Bardzo niebezpieczny dla społeczeństwa. Za generalizowanie i stereotypy przegryza tętnice.

BLOG ROLL

AOL Music