x

Płyta Tygodnia: Tigercity "Ancient Lover" [LP]

To wszystko nie tak. Ancient Lover miało odmienić losy świata, zrewolucjonizować mainstreamowy pop, wreszcie wynieść Tigercity na salony. Nic z tych rzeczy nie miało i nie będzie mieć miejsca. Zupełnie niezauważenie, własnym sumptem nowojorski zespół wydał swój debiutancki album. Czy wart niemego uwielbienia ze strony garstki bezkrytycznych fanów?
Długo przekonywałem się do Ancient Lover.
Miałem przecież w pamięci poziom epokowej Epki Pretend Not To Love; wiedziałem jak fantastyczną formę muzycy prezentują na scenie. To właśnie dlatego po debiucie Tigercity oczekiwałem rewolucji. Czegoś piekielnie dobrego, nadludzko genialnego.

Doskonale pamiętam pierwsze przesłuchanie płyty. Obyło się bez fanfarów, a każda kolejna piosenka przynosiła coraz wyraźniejszy grymas rozczarowania. Na wysokości ballady Matter of Time wiedziałem już, że "innego końca świata nie będzie".

Po fazie niemego buntu i odżegnywania Tigercity od czci dałem Ancient Lover jeszcze raz szansę. Już bez tych niesprawiedliwych, ale całkiem uzasadnionych oczekiwań a'la Purple Rain XXI wieku. Opłaciło się.

Debiutancka płyta Tigercity to jedenaście zgrabnie zaaranżowanych pop-rockowych perełek, których przekrój zaczyna się na poziomie przeciętnym, a kończy na wybitnym. Wybitne są stare, dobrze znane numery - mocarne Fake Gold, doskonałe nastrojowe Mallory i wreszcie pamiętne Red Lips. Także cukierkowo słodkie A Better Place wypada niczego sobie, a już odjazdowa ballada Watching the Mountain z floydowskim zakończeniem powala na łopatki.

Są też oczywiście słabe punkty - męczące James Iha, wtórne My Tape, nudne Matter of Time. Ale po jakimś czasie nie psują one już tak ogólnego, całkiem pozytywnego wrażenia wywołanego przez Ancient Lover. Bo to paradoksalnie - i mimo początkowych oporów - bardzo dobra płyta. Na początku zupełnie niesatysfakcjonująca, ale z czasem skutecznie infekująca nasze muzyczne postrzeganie.

Na koniec zostawiłem sobie utwór tytułowy. Do dziś serce mi bije szybciej na myśl o koncercie Tigercity w Warszawie. Mimo, że nigdy wcześniej nie słyszałem tej piosenki, fenomenalna melodia wryła mi się w pamieć na zawsze.

Czekałem z niecierpliwością aż usłyszę to nagranie w studyjnej wersji - cudownie dopieszczone, wypielęgnowane.
Niestety, wspomnienie pozostanie tylko wspomnieniem. I choć to najczęściej słuchana przez mnie kompozycja nowego Tigercity, to nie potrafiąca spełnić pokładanych w niej nadziei. Szkoda.

"Przypływ się cofa, Sylwestrze", śpiewał kiedyś Roger Waters. Niestety, dla Tigercity cofnął się już chyba definitywnie. Mimo, że Ancient Lover to naprawdę dobra płyta.

Dodaj komentarz

Reklama

Artysta Tygodnia:

WaldemarKasta

NASI BLOGGERZY

  • Mateusz Natali Mateusz Natali
    Młody, uzależniony od pasji. Nałogowo pali mikrofony, chłonie dożylnie rap od boombapu po południe.
  • Robert Inglot Robert Inglot
    Kolekcjoner dobrych melodii i niebanalnych brzmień. Dźwięki durne i wtórne omija szerokim łukiem.
  • Daniel Wardzinski Daniel Wardzinski
    Fanatyk i fundamentalista. Bardzo niebezpieczny dla społeczeństwa. Za generalizowanie i stereotypy przegryza tętnice.

BLOG ROLL

AOL Music