Najbardziej nietuzinkowa polska grupa, która z fallusa uczyniła swój znak rozpoznawczy, powróciła z nowym albumem. Summer Remains to Dick4Dick jakich nie znamy. Mniej przebojowi, a bardziej refleksyjni i nastrojowi. Bardziej poważni, ale i mniej wyraziści. Czas akcji - czerwiec. Miejsce - wieś Hadynów na pierzejach województwa mazowieckiego, niedaleko granicy z Białorusią. Bohaterzy? Nieposkromione Dicki, którzy w drewnianej chacie nagrali materiał na Summer Remains.
Na okładce wielobarwny motyl. Na jego skrzydłach odnajdziemy twarze każdego z muzyków. Sięgamy po płytę z książeczkę, w której czekają nas urokliwe fotografie, wywołujące dziwnie tęskny, melancholijny nastrój.
I wszystko byłoby dobrze, i dalibyśmy się porwać pełnej cichej afirmacji atmosferze nieodwołalnego końca lata. Jest jednak pewien szkopuł. Bo jak uwierzyć w to, że Dickom odechciało się podbojów i zamarzyli za wiejską sielanką?
Przejdźmy do utworów.
Świetne instrumentalne intro Burza swoimi odniesieniami do Franka Zappy robi powalające wrażenie. To jednak tylko przedsmak przed So Much Love - numerem dziwnie rozmarzonym, delikatnie płynącym, jednak tak bardzo chwytliwym. Wspomnienia zaczynają się na wysokości Lost My Way, gdzie pojawia się ten nieco komiczny, wysoki wokal.
Summer Remains mogłoby być świetnym albumem - nawet gdyby muzycznie niewiele miał wspólnego z wcześniejszym dorobkiem Dick4Dick. Niestety, na wysokości irytującego Hollywood coż zaczyna się psuć.
Piosenka trwa tylko cztery minuty, a i tak z trudem słucha się jej do końca. Może jesteśmy przewrażliwieni, ale Dick4Dick przyzwyczaili nas, że w tym czasie potrafią zagrać dziesiątki tematów i melodii i wymieszać je w ekscytująco rozedrganą całość.
Złe wrażenie podtrzymuje dynamiczne, ale pozbawione jaj (wybaczcie, ale to Dick4Dick) Run Run Run. Niezły instrumental w postaci Wakacji w Hadynowie tylko wyostrza zawód, jaki odczuwamy przy słuchaniu topornego Maratończyka.
Do końca albumu czeka nas huśtawka poziomów. Z zajmującego Room trafiamy pod strzechy neurotycznej Ballady o bohaterze, będącej jakby niesmacznym żartem z zespołu Pustki. Po bardziej pokomplikowanym Canonade czeka nas blisko 30-minutowe "pożegnanie z rock'n'rollem", w którym usłyszymy niemal wyłącznie... padający deszcz.
Summer Remains to płyta pełna paradoksów, bardzo nierówna i niespójna. Dick4Dick świadomie zrezygnowali z szokowania seksualnością i poczciwym błaznowaniem. Postawili na poważniejszy repertuar, zrezygnowali z wyznaczników własnego stylu (krótkie utwory, rock'n'rollowo-elektroniczna jazda, etc.) i polegli. Krążek nie przykuwa uwagi jak debiut, nie zachwyca jak niedościgniony Grey Album. Pokazuje jednak, że Dicki szukają własnej tożsamości; desperacko pragną odnaleźć niszę, w której byliby bezkonkurencyjni.
Ktoś może spytać dlaczego Summer Remains zyskało miano Płyty Tygodnia? Odpowiadamy - bo to dzieło Dick4Dick. A tak na poważnie, zespół błądzi jeszcze w ciemności, ale mamy przeczucie, że niebawem odkryje zupełhie nieprawdopdoobne rejony. Przynajmniej mamy taką nadzieję.














