Przyznam się bez bicia. Arctic Monkeys nie przekonywali mnie swoimi utworami. Muzyka grupy zawsze wydawała mi się zbyt infantylna, aby określać ją mianem alternatywnego rocka. Do tego dochodził gigantyczny sukces.
Arktyczne Małpy były dla mnie zespołem przereklamowanym, którego szaleńcza popularność stanowiła efekt genialnego pomysłu marketingowego, a nie rzeczywistego komercyjnego potencjału. Sytuacja uległa drastycznej zmianie, gdy Humbug trafiło do mojego odtwarzacza...
Pamiętam jak jeszcze przed premierą albumu pojawiły się pierwsze opinie na temat pilotującego singla Crying Lightning. "Arctic Monkeys dojrzeli", taka była główna teza co rusz pojawiających się komentarzy. Jak na nie zareagował zespół?
Dziwnie!
"Nie sądzę, aby słowo "dojrzały" było tu odpowiednie", mówił perkusista Matt Helders pokrętnie tłumacząc dlaczego. Wydawało się jakby muzyk bał się, że takie opinie zniechęcą starszych fanów - zwolenników młodzieńczego, energetycznego, ale mało wymagającego debiutu i jego mało wyróżniającego się następcy.
Helders dobrze wiedział, co robi.
Humbug bardzo różni się od wcześniejszych dokonań Arctic Monkeys. Jak się jednak okazało, obawy perkusisty były bezpodstawne. Magia nazwy podziałała, singiel Crying Lightning przypadł do gustu słuchaczom i płyta zaczęła sprzedawać się fantastycznie. Kto wie czy nie będzie to najpopularniejszy album w historii zespołu? Nawet jeśli będzie inaczej, to Humbug i tak pozostanie najlepszym dokonaniem Arktycznych Małp.
Jeszcze nigdy słuchanie Arctic Monkeys nie było tak przyjemne. Nie ma tu ani dobrze znanej pretensjonalności, do bólu schematycznych gitarowych piosenek i wreszcie partii wokalnych wywołujących przesadną irytację.
Nie wiadomo, czy sprawił to wyjazd do USA i współpraca z Joshem Hommem (producent, ale także członek hard-rockowego Queens of the Stone Age). Pewne jest to, że muzyka zespołu nigdy wcześniej nie była tak dopracowana i nie brzmiała tak spójnie i przekonująco.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki muzycy przejrzeli na oczy i dostrzegli, że istnieje życie poza gitarowym graniem. Dzięki temu w repertuarze grupy pojawiły się tak urocze, klawiszowo-oniryczno-psychodeliczne perełki jak The Jaweller's Hand czy po prostu intrygujące Fire and the Thud oraz Pretty Vistiors (organy!). A przecież zaraz za rogiem czai się łagodnie płynące Cornerstone.
Zmiany w muzyce Arctic Monkeys opierają się nie tylko na poszerzeniu brzmienia. Duże znaczenie ma również - zamierzone lub nie - pokomplikowanie utworów. Jeśli dynamiczne utwory pokroju wspomnianego Crying Lightning czy My Propeller miałyby odnaleźć się na duecie, grupa musiałaby nagrać je w mocno zmienionych, uproszczonych wersjach.
Czas na minusy. To wciąż Arctic Monkeys. Wyjazd do USA, sesje nagraniowe na pustyni i Homme za plecami nie uczynili z Brytyjczyków drugich Modest Mouse.
Milowy krok do przodu został jednak poczyniony. A za taki progres na pojawienie się w rubryce Płyta Tygodnia mogą zasłużyć nawet Arktyczne Małpy.














