Brak takich postaci jak Nate Dogg jest widoczny szczególnie dziś, gdy zewsząd zalewani jesteśmy asłuchalną miernotą, dumnie nazywającą się "wokalistami R'n'B", która nie wyobraża sobie śpiewu bez niestrawnego już Auto-Tune'a. A także wyjcami, którzy nawet jeśli obędą się bez "efektu T-Paina", to sprawnie kaleczą nasze uszy i obrzydzają kolejne numery.
Przy tak "smakowitym" krajobrazie warto sięgnąć po solowe dzieło solidnie doświadczonego przez los westcoastowego talentu, czyli wydane w 2001 roku Music & Me.
Bowiem to wzorcowy przykład tego, jak powinny brzmieć kooperacje raperów z wokalistami. Delikatny, melodyjny wokal Nate'a idealnie odnajduje się na pulsujących i pełnych groove'u podkładach w klasycznym stylu zachodniego mainstreamu, odległym od minimalistycznego brzęcznie. Tu nie ma miejsca na dziwolągi - jest sporo inspiracji G-funkiem, a całość płynie jak łajba piracka przy wybrzeżach Somalii. Ale nie ma się co dziwić, bo lista producentów jest tu pierwszorzędna. Bink, Dr Dre, Battlecat, Jermaine Dupri, Mel-Man - to tylko niektóre ksywki a każdy z nich postarał się by mainstreamowy debiut Nathaniela wypadł tak, jak powinien.
Przez lata Nate Dogg wspominał kolegów z branży znakomitymi refrenami. Dlatego jego majorsowy debiut był idealną okazją do zwrotu długów. W ten sposób na Music & Me słyszymy całą plejadę wyśmienitych gości, którzy znacznie ubarwiają album, i są na nim przysłowiową kropką nad i. Pharoahe Monch, Xzibit, Dr. Dre, Kurupt, Ludacris, Snoop Dogg, Fabolous - każdy z nich dołożył od siebie porcję linijek, a lista tak przeróżnych styli pięknie kontrastuje, w połączeniu z gospodarzem dając nam naprawdę smakowitą mieszankę. Dlatego też jeżeli brak wam materiału zgrabnie spajającego rap i wokal, przebojowość i delikatność, a także pierwszorzędne podkłady to sięgnijcie po Music & Me. Nate Dogg jest tylko jeden, a tu postarał się zawrzeć wszystko, co w jego muzyce najlepsze..














