x

U2 "I'll Go Crazy If I Don't Go Crazy Tonight" [CDM] - recenzja

U2 całkiem niedawno wypięli się na Steve'a Jobsa i jego Apple, i swój interaktywny marketing związali z konkurencyjnym smartfonem BlackBerry. Kawałek I'll Go Crazy If I Don't Go Crazy Tonight pojawił się w reklamie specjalnie napisanej dla zespołu aplikacji - i w niedługo po rozpoczęciu kampanii reklamowej, grupa zdecydowała się wydać singiel z tym utworem.

Przypadek? Doświadczenie podpowiada, że to raczej mało prawdopodobne - ale tak czy inaczej warto się przyjrzeć temu wydawnictwu: w końcu nieczęsto spotyka się kolaborację pomiędzy will.i.amem z Black Eyed Peas a jedną z najbardziej legendarnych, irlandzkich grup rockowych.


Fanów wokalu członka Black Eyed Peas muszę jednak zmartwić już na początku
- nie pojawia się on tutaj wokalnie, wspomagał jedynie zespół z Dublinu za konsoletą, jako współproducent utworu. Na singlu dostajemy wersję oryginalną, z dużą ilością pogodnych, słonecznych gitar, i typowym, charakterystycznym dla U2 klimatem - są tutaj wspomniane delikatne, gitarowe riffy The Edge'a skąpane w reverbach, jest wokal Bono popadający gdzieniegdzie w falset, są okazjonalne, gitarowe solówki. Jak mówi sam frontman zespołu, "Jest to odpowiednik kawałka Beautiful Day na naszym najnowszym albumie" - i trudno się tutaj z nim nie zgodzić.

Poza Original Mixem, na singlu możemy znaleźć 6 innych wersji utworu. Wersja radiowa, umieszczona zaraz za singlową, to krótsza wersja wersja tej drugie - skrócona o gitarowe intro i gitarowe solówki w trakcie kawałka.

Mi osobiście do gustu przypadły kolejne dwa mixy na trackliście, zrobione przez australijskiego producenta, specjalizującego się w electrorocku - tym razem zahaczającego już nawet o synthpop, ukrywającego się pod pseudonimem Dirty South. Obydwa - Dirty South Mix i Dirty South Remix - podobne do siebie, drugi będący w zasadzie krótszą wersją pierwszego, pełne są zaciągających syntezatorów, przywodzących na myśl Revenge Of The Black Regent Add N To (X), mające kompletnie odmienny od oryginału aranż (wyjątkowo ciekawie słucha się U2 bez... gitar), i przepełnione prawdziwie sączącą się z głośników energią. Obydwa utwory wyjątkowo dobrze sprawdzą się na parkietach, wplecione w elektroniczne, energetyczne sety.

Kolejne 3 remixy są autorstwa brytyjskiego producenta, ukrywającego się za pseudonimem
Redanka. Pierwszy mix Redanki ma 7:30 i nosi nazwę Kick Darkness Vocal. Faktycznie, zgodnie z nazwą, perkusyjna stopa jest tutaj dość mocno uwydatniona, na dodatek mamy tutaj dużo więcej wokalu niż w drugim remixie, Sparks Of Light Dub. Co warte jest zauważenia, przejawia się tutaj gdzieniegdzie motyw ze Sparks Of Light Dub Mixu - mimo to, cały remix jest dużo jaśniejszy, nieco szybszy i dzieje się w nim dużo więcej, zwłaszcza od połowy drugiej minuty, kiedy to zaczyna się refren a cały utwór rusza pełną parą, powiększając swoją sekcję o dodatkową partię gitary, idealnie wypełniającą niewykorzystaną wcześniej przestrzeń. Drugi mix, to Kick Darkness Instrumental, będący po prostu instrumentalną wersją poprzedniego.

Trzeci z nich, siedmioipółminutowy Sparks Of Light Dub - jak sama nazwa wskazuje - jest w dużej części instrumentalny i zorientowany rytmicznie. Wokal Bono, na chwilę, pojawia się dopiero pod koniec drugiej minuty, ale znika po raptem dwóch wersach. Cały utwór opiera się na nieco niepokojącym, klawiszowym pizzicato, szybkich, nieco metalicznych dźwiękach gitary elektrycznej i mrocznym groovie, płynącym delikatnie w tle. W połowie czwartej minuty wokal powraca - tym razem w formie refrenu śpiewanego przez Bono, po czym następuje breakdown z samymi syntezatorami i powtarzaną, ostatnią linijką refrenu, a po breaku wraca sekcja instrumentalna, która - co kilka taktów porzucając kolejny instrument - ciągnie się przez blisko 3 minuty, aż do końca utworu, i końca singla.

Najnowszy maksisingiel U2 cierpi na jeden z mankamentów wielu rockowych singli z remixami - nie jest jednolity, są tutaj wersje znakomite jak i bardzo słabe. Mimo to, warto się z nim zapoznać, choćby dla rewelacyjnej, elektronicznej wersji australijskiego producenta, o którym na pewno jeszcze usłyszymy nieraz - ksywka Dirty South jest ewidentnie warta zapamiętania, jak widać pod tym określeniem kryje się nie tylko całkiem niezły hip-hop z amerykańskiego Południa.

Dodaj komentarz

Reklama

Artysta Tygodnia:

WaldemarKasta

NASI BLOGGERZY

  • Mateusz Natali Mateusz Natali
    Młody, uzależniony od pasji. Nałogowo pali mikrofony, chłonie dożylnie rap od boombapu po południe.
  • Robert Inglot Robert Inglot
    Kolekcjoner dobrych melodii i niebanalnych brzmień. Dźwięki durne i wtórne omija szerokim łukiem.
  • Daniel Wardzinski Daniel Wardzinski
    Fanatyk i fundamentalista. Bardzo niebezpieczny dla społeczeństwa. Za generalizowanie i stereotypy przegryza tętnice.

BLOG ROLL

AOL Music