Sobota na Splashu zapowiadała się naprawdę ciekawie. Dwie chyba największe gwiazdy festiwalu - Method Man/Redman oraz Q-Tip a także parę mniej znanych ale mocnych postaci, takich jak Black Milk.
Jak wypadło? Kto zagrał najlepiej a kto rozczarował? Jak pogoda? O wszystkim przeczytacie w relacji.
Sobota była dniem, który rozpoczął się dla nas najwcześniej, bo już o godzinie 17:00 na główną scenę weszli Atmosphere. Deszcz oczywiście pojawił się znowu, sprawiając, że mokliśmy coraz bardziej. Sytuację w piękny sposób opisał Slug, twierdząc, że jednoczenie się nieznajomych ludzi w obliczu deszczu powoduje powstawanie wśród splashowej społeczności więzi zbliżonej do religijnej. Może i coś w tym jest. Po koncercie reprezentantów Rhymesayers postanowiliśmy trochę wypocząć przed intensywnym wieczorem. Wróciliśmy na koncert Black Milka i jeżeli ktokolwiek postanowił zrobić inaczej to popełnił chyba największy błąd na festiwalu. Moim zdaniem Milk pozostawił w tyle całą resztę, grając wraz z żywym bandem najlepszy koncert Splasha, czym sprawił, że już nie mogę się doczekać jego show na HHK. Dwa lata temu zostałem fanem młodego kocura z Detroit po show na Kempie. Teraz spodziewałem się kozackiego występu, a dostałem przekozacki. Give The Drummer Sum razem z perkusistą czy Sound The Alarm z żywymi instrumentami - to po prostu trzeba było usłyszeć. Po występie przeprowadziliśmy z Milkiem wywiad, który już niedługo na Spinnerze.
Jednak gdy jedno zaskakuje nas pozytywnie, to drugie rozczarowuje. Tak też było tym razem, bo swój koncert z powodu bólu pleców odwołał Q-Tip, przez co nie było nam dane usłyszeć klasycznego repertuaru Tribe'ów oraz ubiegłorocznego, bardzo dobrze przyjętego The Renaissance. Szkoda. Przegapiliśmy tez koncert Immortal Technique'a, ale tu nie mogło być inaczej bo pokrywał się on idealnie czasowo z Methem i Redmanem. Nie wiem kto wpadł na taki pomysł, ale Immortalowi współczujemy prawdopodobnej frekwencji. Tym bardziej, że duet zagrał naprawdę grubo. Wprawdzie nie przebili chyba jednak Black Milka a Redman nie skoczył z dźwigu, ale naprawdę było czego posłuchać. Potężna dawka stylu, charyzmy, znakomity repertuar i dobry dobór tracków + końcowy tribute dla MJ'a oraz stagediving reprezentanta Wu. Dla tych, którzy plują sobie w brodę, że to przegapili mamy dobrą wiadomość - zarejestrowaliśmy cały koncert i już niedługo pojawi się on na Spinnerze!
Gdy blackoutowskie duo opuściło scenę udaliśmy się do namiotu Grenada, gdzie swoje show zaprezentowała Lady Sovereign. Angielka jest mała i niepozorna, ale wie, co robi się z mikrofonem. Potężna dawka energii, niezły kontakt z publiką i szaleństwo pod sceną. Szkoda tylko, że zamiast zapowiadanej godziny grała około 40 minut. Ciekawe, co pokaże nam na HHK, gdzie zamiast w namiocie zobaczymy ją na głównej scenie a nie da się ukryć, że daje to całkiem inne show. Po koncercie Sov, chwilę po godzinie drugiej, udaliśmy się na pole, by zebrać siły na ostatni dzień. Najbardziej dla nas pracowity i najbardziej obfitujący w wywiady z artystami ze wszystkich stron świata. A jak było dowiecie się już jutro.














