Trudno powiedzieć, w którym momencie Moby - w pewnym momencie nawet ikona elektronicznej sceny - zdał sobie sprawę, że zjada własny ogon. Nie żebyśmy chcieli być złośliwi. Wystarczy jednak włączyć urokliwe, wciąż podskórnie świeże Play i zaraz potem przesłuchać płytę dziesięć lat młodszą, czyli Wait for Me. To porównanie nasuwa nam kilka daleko idących wniosków, niestety - niezbyt pochlebnych dla samego Moby'ego."Tworząc tę płytę, chciałem skoncentrować się na tym, by stworzyć coś, co kocham, nie oglądając się na to, jaką pozycję album zdobędzie na rynku", zapowiedział artysta. Cel wyznaczył sobie piękny, ale nie oszukujmy się - Moby się przejadł (ogon?!), a płyty sygnowane pseudonimem Richarda Melville'a Halla dawno przestały okupować listy przebojów.
Zrywając - rzekomo na własne życzenie - z komercją muzyk postawił na minimalizm. Oszczędna produkcja, muzyka emocjonalna (szkoda, że nie w wydaniu Pezeta) i grono przyjaciół. Ta odmiana sprawiła wiele radości samemu Mobiemu ("Jestem naprawdę zadowolony z tej płyty"), ale przy okazji odsłoniła jego kompozytorską niemoc.
Początek albumu brzmi fajnie; nawet stylowo. Zwłaszcza Pale Horses, ale także Shot In The Back of the Head jawią się jako próba nawiązania do estetyki hitów z Play - Porcelain czy Why Does My Heart Feel So Bad? Szkoda jednak zdrowia Mobiego - wrażliwcy z sercem na dłoni już na to nie polecą. Zaraz bowiem zostajemy przytłoczeni jednorodną muzyczną magmą utworów, które zamiast emocjonalnością, zwracają uwagę przesadnym wystudiowaniem.
"Powstała muzyka spokojniejsza od moich ostatnich dokonań, a także bardziej melodyjna, melancholijna i osobista. (...) Nigdy (...) nie nagrałem tak emocjonalnych utworów (...) i dlatego tak bardzo je lubię" - Mobi nie daje nam wytchnienia. Oczywiście, nowe piosenki artysty są zarówno melodyjne, jak i melancholijne, ale w takim natężeniu nieprzyzwoicie denerwujące.
Czy nowy Moby ma więc jakieś plusy? A jakże! W kilku fragmentach Wait for Me muzyka nawet wciąga, wystarczy posłuchać pierwszych sekund Mistake. Tak naprawdę jednak jedyną rezczą, która wyszła artyście na tej płycie od początku do końca jest okładka. Przesympatyczny rysunek, prawda?















Komentarze użytkowników(1 of 1)
Michael Decayat 7-20-2009
Recenzja z którą trudno w moim odczuciu się zgodzić. To tak jakby recenzent przesłuchał płytę powierzchownie, nie wtapiając się w nastrój płyty oraz ogólny jej wydźwięk.
Jeśli artysta nie chce wydawać hitu dla mas, a wydać płytę osobistą, a przez to prawdziwszą i głębszą dla mnie stanowi to absolutny pozytyw.
Dla mnie to ewolucja Moby'ego w interesującym kierunku. Bardzo dobry materiał! Polecam!