Na polu namiotowym przy półwyspie Ferropolis byliśmy rozstawieni już od czwartkowego wieczora, a o tym co działo się na warm-upie mogliście przeczytać wczoraj.
Jednak startem właściwych i pełnych splashowych wrażeń był piątek 10.07. i start pierwszego dnia festiwalu. Jak udała się inauguracja?
Od samego początku, zgodnie z nazwą festiwalu, było deszczowo. Pechowo złożyło się tak, że wszystkie interesujące nas koncerty (poza jednym) odbywały się na powietrzu - na głównej Vulcano Stage i bocznej Arubie, znajdującej się nad wodą. Na festiwalowym terenie pojawiliśmy się przed 18. i po krótkim przelocie przez stoiska z płytami czy koszulkami oraz sprawdzenie wyśmienitych cen produktów spożywczych (szczególne pozdrowienia dla frytek za 4,50 euro i lanego piwa za 5 euro) udaliśmy się w okolice namiotu prasowego, gdzie mieliśmy przeprowadzić rozmowę z Heltah Skeltah. Wcześniej obejrzeliśmy całkiem udany koncert Johna Robinsona i konkretne detroitowskie show duetu Frank'N'Dank. Tuż po zakończeniu ich show w umówione miejsce przybyli Sean Price i Rockness Monstah. Z naszej rozmowy dowiecie się m.in o legendarnej już "kiełbasie" z numeru I Ain't Havin That oraz o tym, jak Seanowi współpracowało się z Beat Brothers. Gdy skończyliśmy naszą pogawędkę z legendami było już po dziewiątej więc zrezygnowaliśmy z obejrzenia The Streets, którzy wystartowali 20:45 i udaliśmy się na rozpoczęty dopiero co kawałek dalej koncert Zion I. A ekipa z Bay Area wypadła zdecydowanie lepiej niż rok temu na Hip Hop Kempie. Tym razem obok samego Ziona zobaczyliśmy też AmpLive'a - który wtedy miał miesiąc miodowy -oraz żywy band, który dodał materiałowi kopa. Najbardziej utkwiła mi w pamięci scena gdy Amp na zawieszonej na szyi MPC'tce odegrał konkretną gitarową solówkę. Świetny pomysł i jeszcze lepsze wykonanie.
Tuż po zakończeniu show Zionów, oczekując na Heltah, dowiedziałem się jednak o pierwszym bardzo niemiłym przesunięciu kolejności występów na głównej scenie. The Streets zgłosili opóźnienie w przybyciu, więc przed 21 pojawił się Talib Kweli (nie wiem czemu nie niemiecka ekipa Deichkind, która miała grać przed nim), którego koncert w ten sposób przegapiliśmy. Ale wg. relacji osób, które zdążyły zobaczyć część tu i tu Zion zaprezentował się sporo lepiej od Blackstarowca, więc żałowaliśmy już mniej. Skoro Kweli grał zamiast Streetsów to logiczne wydawało się, że Skinner zaprezentuje się na końcu. W ten sposób myśląc bez wahania udaliśmy się na bootcampowską legendę. A ona jako kolejna zagrała dużo lepiej, niż na HHK (w 2007 roku). Energia, charyzma, znakomite uzupełnianie się, doskonałe głosy i mroczny klimat sprawiły, że oglądało się to naprawdę dobrze. Ale zgadnijcie, czego dowiedzieliśmy się po koncercie...














