12. edycja Splash Festivalu przeszła już do historii. Ale nie u nas, bo spinnerowe atrakcje związane z pracowitym weekendowym wyjazdem do Niemiec dopiero się zaczynają.
Na początek mamy dla was relację z czwartkowego Warm-Up Party. Jak prezentowało się preludium do właściwych splashowych wrażen?
Naszą ekspedycję rozpoczęliśmy z samego rana, o morderczej dla duszy i ciała godzinie 4 rano. Wszystko po to, by dotrzeć na miejsce przed startem pierwszego, jeszcze przedfestiwalowego, dnia. Długa podróż - wzbogacona o zaopatrzenie się w kasetki i baterie na etapie wrocławskim - zakończyła się sukcesem przed godziną dziewietnastą. Znalezienie półwyspu Ferropolis okazało się bowiem nie lada wyzwaniem. Nazwa nijak nie pasuje do naszego rozumienia terminu półwysep, jako że splashowa miejscówka ukryta była między niemieckimi wioskami, przebijanie się przez które zajęło nam sporo czasu. Ale w końcu się udało.
Festiwalowy teren był naprawdę obszerny. Pole namiotowe oddalone za to od jeziora i wszystkich scen o około 2 kilometry. Na szczęście organizatorzy sprowadzali regularnie kursujące busiki, które zabierały nas od bramy do bramy. Inaczej byłoby ciężko, oj ciężko. Sceny ustawiono w ciekawej scenerii starej fabryki i ogromnych dźwigów. Widząc jeden z nich tuż nad sceną główną obstawialiśmy czy Redman zdecyduje się na skok, czy to jednak dla niego zbyt duży hardkor... Ale dziś nie zdradzimy wam jeszcze czy nasze przypuszczenia znalazły potwierdzenie.
W trakcie warm-up party jednak cały główny teren był jeszcze zamknięty, a wszystkie szczegóły dopinane na ostatni guzik. Koncerty miały za to miejsce w stojącym kawałek obok hangarze, gdzie prezentowały się niemieckie zespoły. W tym jedna z gorętszych obecnie ekip u naszych zachodnich sąsiadów - K.I.Z., która przed właściwym niedzielnym koncertem postanowiła zrobić dobry użytek ze sceny, znajdującej się na wysokości paru dobrych metrów, pod prawie samym sufitem. Spora część zanurkowała w publikę, a przy takiej wysokości stagediving wygląda naprawdę efektownie. Następnie swoją część rozpoczęli DJ-e, wychodząc od numerów niemieckich i kończąc na amerykańskich klasykach. Wszystko skończyło się wyjątkowo wcześnie - przed drugą muzyka ucichła i zmuszeni zostaliśmy do powrotu na pole, jeszcze bez busowego wsparcia. Mimo małej ilości rodaków była tam widoczna polska flaga, pod którą grupka naszych rodaków wytrwale ładowała w siebie Balsam Pomorski, czekając na "lepsze jutro". My też wyczekiwaliśmy pierwszego dnia koncertów i pierwszych wywiadów, a przed nimi trzeba było się dobrze wyspać, szczególnie po tak długim wojażu...














