Na okładce kultowego albumu The Clash, London Calling widzimy Paula Simona uchwyconego przez fotografkę na kilka sekund przed roztrzaskaniem gitary. Zdjęcie pochodzi z koncertu, gdy zespół spotkał się z słabym przyjęciem, co ostro rozłościło Simona. Trzydzieści lat później Chris Cornell na okładce swojej najnowszej płyty również zamierza zniszczyć gitarę. Fotografia tchnie jednak sztucznością i dziwnym wystudiowaniem.
Nowy solowy album Chrisa Cornella nie ma takiej siły rażenia jak London Calling - nigdy też nie zdobędzie takiego statusu jak klasyk The Clash. Mimo to, głos rockowych składów Audioslave i Soundgarden wysmażył najbardziej intrygującą płytę ostatnich miesięcy.
W przypadku płyty Scream najważniejszy jest oczywiście towarzyszący jej kontekst. Oto zjadający własny ogon rockowy muzyk, nie mogący liczyć na takie sukcesy jak przed laty, zdecydował się na krok wydawałoby się desperacki. Zmiana stylu w wieku 45 lat jeszcze by nie dziwiła, ale obrany kierunek już tak. Cornell skumał się bowiem z Timbalandem, a więc szalenie popularnym, ale też coraz bardziej wtórnym producentem.Timbaland, autor sukcesów Nelly Furtado (Loose) i Justina Timberlake'a dawno już przestał wyznaczać jakiekolwiek standardy w mainstreamowym popie czy elektronice. Czy współpraca z Chrisem Cornellem miała mu pomóc odbudować pozycję producenta "nie w tak oczywisty sposób" komercyjnego? Tego się zapewne nie dowiemy. Efekt okazał się dla obu panów raczej niespodziewany. Płyta zbiera bowiem słabe recenzje, sprzedaż nie jest rewelacyjna, a wielu fanów Cornella zaczyna odżegnywać go od czci. Słusznie?
Porzucając na chwilę oczekiwania, co do albumu i towarzyszący mu kontekst, Scream nie zasługuje na miażdżącą krytykę. Płytę wypełniają utwory lepsze i gorsze, ale bez spektakularnych gniotów. Rozpoczyna przebój Part of Me, potem mamy słabsze Time i już wciągające Sweet Ravange. Zaraz potem upływa nijakie Get Up i otrzymujemy najlepsze w zestawie Grand Zero. Tym, co zwraca momentalnie uwagę są rozbudowane zakończenia utworów, stanowiące wprowadzenie do następnych kawałków. Może o ten brak przerw między nagraniami chodziło Chrisowi, gdy porównywał Scream do The Wall Pink Floyd?
Muzycznie nie ma zaskoczeń. Wystarczy wyobrazić sobie połączenie Cornella i Timbalanda, aby przekonać się o brzmieniu Scream. Producent serwuje więc nam zapętlone elektroniczne podkłady, któe mieszają się z dźwiękami gitary i wciąż robiącym wrażenie głosem Cornella.
Scream to płyta przeciętna - z kilkoma momentami, dla których warto do niej wrócić. Jednak zapewne nie zwrócilibyśmy na nią uwagi, gdyby nie była ona dziełem Chrisa Cornella i Timbalanda. Timbaland: "najlepsza robota w mojej karierze". Chris Cornell: "myślę, że to mój triumf". Nagle odbiór średniego albumu zaczyna nabierać nieokreślonego dramatycznego wymiaru.















Komentarze użytkowników(1 of 1)
Melvin Fenwickat 10-11-2009
Takiego połączenia nikt się nie spodziewał.
Płytę mam i słucham jej czasem. Wcale nie jest taka zła. W każdym kawałku jest jakaś melodia przykuwająca ucho. Ale chyba najbardziej to podoba mi się wersja rockowa Long Gone, której oczywiście nie ma na płycie, ale jest na You Tubie. NO i jest też Two Drink Minimum. Oba kawałki pokazują, że Cornell nie jest stracony dla rocka czy bluesa a współpraca z Timbalandem to jakaś odskocznia.
Na płycie Cornell nadal śpiewa dobrze, gardła wcale nie szczędzi, co w takim gatunku muzyki jest raczej obce. W sumie całą płytę można spokojnie puścić na imprezie i będzie ok, bo potańcować można.
Jednak mam nadzieję, że Cornell wróci do rockowego oblicza, nie liczę tu na jakiś wykop, ale na po prostu piękną, dojrzałą płytę. Tyle.