x

Mos Def "The Ecstatic" [LP] - recenzja

Doskonale pamiętam, jak na początku XXI. wieku zarówno ja, jak i wiele innych osób, marzyło o tym, żeby Mos Def - bądź co bądź jeden z najciekawszych i najbardziej utalentowanych MCs w pełnym tego słowa znaczeniu - zrobił sobie przerwę od grania w filmach i udzielania się w pobocznych projektach (do których można zaliczyć jego wydany w 2004 roku, z grupą The Black Jack Johnson, album The New Danger), i wydał w końcu płytę czysto hip-hopową. W 2006 roku dostaliśmy True Magic - pierwszy od 7 lat album, swoisty follow-up do Mos Def & Talib Kweli Are Black Star i klasycznego już Black On Both Sides (tego, na którym znalazło się Ms. Fat Booty).

Niestety, co trzeba przyznać otwarcie, płytka stanowiła rozczarowanie, i do wyżej wspomnianych albumów było jej naprawdę daleko. Teraz, po kolejnych trzech latach, dostajemy następny album. Jak jest tym razem, w przypadku The Ecstatic?

Bądźmy szczerzy - ekstazy tutaj nie ma.
Nie jest jednak - mimo wszystko - tragicznie. Co prawda ciętych i wyjątkowo zręcznych wersów, z których Mos Def zasłynął gdzieś w zamierzchłych już latach '90-tych, nie ma tutaj w takiej ilości jak kiedyś, ale otwarcie przyznam że jest to jedna z tych płyt, które się "rozsłuchuje" i które się "dosłuchują". Jej prawdziwy aromat i smak można poczuć dopiero po kilku, jak nie kilkunastu przesłuchaniach.

Mamy tutaj podkłady autorstwa Madliba i Oh No, jest także jeden track współprodukowany przez The Neptunes i - wykorzystany w przedostatnim kawałku na płycie - bit J Dilli. Muzycznie jest tutaj trochę oldschoolowego hip-hopu, trochę naleciałości instrumentalnych z indyjskiego Bollywoodu, jest trochę psychodelicznych gitar i quasi-dubowych grzmotnięć. W dźwiękowym gulaszu znajdziemy też trochę dźwięków pianina, strąki jazzu i Afro-beatu i trochę instrumentów dętych - jak widać, nie jest nudno, śmiało mogę powiedzieć też, że jest pożywnie i niestrawność po tym nie grozi.

Z gościnnych występów warto wspomnieć o featuringach z Talibem Kwelim, na History, i - nieco zapomnianym już oldschoolowcem - Slick Rickiem, na trzecim kawałku na albumie, zatytułowanym Auditorium. Brytyjsko-amerykański raper udowadnia, że nadal jest w formie - podobnie zresztą, jak Mos Def całą płytą, z którą - mimo, że na kolana nie powala - zapoznać się i tak warto.

Komentarze użytkowników(1 of 1)

Dodaj komentarz

Reklama

Artysta Tygodnia:

Slaughterhouse

Popularne Posty

OSTATNIO KOMENTOWANE


NAJPOPULARNIEJSZE

BLOG ROLL

AOL Music