x

Klasyk Na Weekend: The Pharcyde "Labcabincalifornia" [LP]

O The Pharcyde można by spokojnie napisać solidną pracę naukową. To zespół, który pojawił się jakby "na przekór". Zrobili coś zupełnie niemodnego, innego, wykreowali swój styl i zgarnęli olbrzymi i zasłużony respekt. Pierwszy album zespołu - niezapomniane Bizarre Ride II The Pharcyde - to absolutny klasyk, którego nie można nie znać. Dziś jednak przyjrzymy się ich drugiej płycie, którą wielu skreśliło, a nie powinno.

Co jest takiego niezwykłego w Labcabincalifornia? Po prostu słychać tam Pharcyde. Nie ma sensu pojedynkować się z definiowaniem ich brzmienia, bo ich brzmienie to w hip-hopie coś zupełnie odrębnego. Słyszałem porównania w stylu "westcoastowi A Tribe Called Quest" czy "Jurrasic 5 jazz-rapu". Może coś w sobie mają, ale na pewno nie trafiają w samo sedno.
Włączając pierwszy numer - Bullshit - od razu wiemy, że jest to album, w którym maczał paluchy J Dilla. Trafił swój na swego. Produkcje mistrza z Detroit mają to do siebie, że po trzydziestu sekundach (fani nawet po kilku!) numeru wiemy, że kawałek zrobił Dilla i nikt inny nie byłby w stanie wysmażyć tak przestrzennych, pełnych duszy instrumentali. Jay Dee brzmi na tej płycie wyśmienicie. To ten Dilla bardziej jazzowo-soulowy, nie ma tutaj szalonych bangerów, "pierdzącego" basu, mamy klimat, którym można by obdzielić setkę innych płyt. Głębia, przestrzeń, dopracowane brzmienie, klimat, nastrój... Poezja dla ucha! Co ciekawe za jeden z numerów odpowiada nie kto inny jak Diamond D! Groupie Thearpy to, w opinii wielu, jeden z najlepszych bitów tego kota w karierze. D idealnie połączył nowojorskie, ciężkie perkusje z klimatem szaleńców z LA.

Co bardzo ważne, "farsajdzi" też nie dali się zepchnąć na drugi plan i pokazali tutaj, że to oni są głównymi postaciami na tym albumie. Jako raperzy są sprawni, fajnie wprowadzają nas w beztroski klimat słonecznego South Central L.A., mają swoje flow, swoje pomysły, swój vibe. Płyną świetnie, podśpiewują, nucą... Nie próbują być ultrabłyskotliwi, tylko po prostu są sobą i to stanowi o ich sile. Co się tyczy ich talentów producenckich... Włączając sobie Hey You! na bicie Slimkid3, do dziś czuję ciarki na plecach. Tak powinien brzmieć relaksujący joint. A Devil Music? Fatlip pokazał, że jego bas jest arcydziełem. Najbardziej oszczędny w swoich produkcjach jest Bootie Brown, ale już na pierwszy rzut ucha (np. na takie The Hustle) słychać, że to ta sama, wybitna szkoła produkcji.

Wielu twierdzi, że Labcabincalifornia to płyta nawet nie umywająca się do Bizarre Ride II The Pharcyde. Na pewno jest trochę inna, ale myślę, że kiedy zaserwujecie sobie parę seansów czystego, muzycznego relaksu z tą muzyką nie będziecie żałować, że po nią sięgnęliście. Panowie odwalają tutaj znakomitą robotę, dają nam kilka kawałków wybitnych, które na dodatek doskonale układają się w spójną całość. Gdy dodamy do tego pomocników w postaci J Dilli i Diamonda D, dostajemy klasyk. Ta muzyka jest piękna i trzeba ją znać!

Dodaj komentarz

Reklama

Artysta Tygodnia:

Skorup

NASI BLOGGERZY

  • Mateusz Natali Mateusz Natali
    Młody, uzależniony od pasji. Nałogowo pali mikrofony, chłonie dożylnie rap od boombapu po południe.
  • Robert Inglot Robert Inglot
    Kolekcjoner dobrych melodii i niebanalnych brzmień. Dźwięki durne i wtórne omija szerokim łukiem.
  • Daniel Wardzinski Daniel Wardzinski
    Fanatyk i fundamentalista. Bardzo niebezpieczny dla społeczeństwa. Za generalizowanie i stereotypy przegryza tętnice.

BLOG ROLL

AOL Music