Historia współpracy Tony'ego Iommiego i Glenna Hughesa sięga połowy lat '80-tych, kiedy to - po słabo przyjętej płycie Black Sabbath, Born Again, z Ianem Gillanem za mikrofonem - Tony podjął kolejną heroiczną próbę wyniesienia Sabbath na szczyty i przebicia się znów do pierwszej ligi. Zaprosił wtedy Glenna, aby zaśpiewał na czwartej płycie Black Sabbath po odejściu Osbourne'a. No i zaśpiewał. Płyta okazała się jeszcze większą porażką niż poprzedniczka, ale to inna sprawa. Ważne jest, że jeden o drugim nie zapomniał. Jednym z owoców przyjaźni tych dwóch jest - wydana w 2005 roku, płyta Fused. Już po kilku pierwszych przesłuchaniach można odnieść wrażenie, że gdyby płyta wyszła pod szyldem Black Sabbath, to byłaby to najlepsza płyta wydana pod czasów Mob Rules. Pomijając sprawę, pod jakim szyldem płyta została wydana, faktem jest, że otrzymaliśmy kawał porządnego rocka. Na podstawowej wersji płyty dostajemy dziesięć bardzo dobrych kompozycji. Widać, że bawi i cieszy ich granie tej muzyki. Świetne riffy Tony'ego przywodzą na myśl najlepsze lata Black Sabbath. Głos Hughesa jest niemal tak samo mocny, jak na Burn Deep Purple z 1974 roku. Moim skromnym zdaniem nie ma na płycie słabego numeru. Każdy z tej dziesiątki jest na swój sposób wyjątkowy, czy jest to rozpoczynający płytę Dopamine, spokojny utwór z cięzkim riffem, czy kończący I Go Insane, utwór trwający prawie dziesięć minut, z balladowym wstępęm, mniej więcej w połowie przechodzący w rockową galopadę. Moim faworytem jest przedostatni utwór, The Spell, który dzięki temu posępnemu riffowi nieodparcie kojarzy mi się z utworem Black Sabbath - Black Sabbath.
Fused jest płytą dobrą, co do tego nie ma dwóch zdań. Wątpię jednak w to, że płyta zyska jakieś wielkie grono fanów. Zdecydowanie pozycja godna polecenia fanom Black Sabbath i Hughesa, reszta może sobie posłuchać ewentualnie jako ciekawostkę albo najzwyczajniej, z czystym sumieniem, może sobie darować tę płytę.














