
Była zima, prawdziwa zima. Snieżyło, wiał wiatr. Ale nie czuliśmy się obco. Człowiek od dziecka jest karmiony amerykańskim kinem i dlatego, jak przylecieliśmy do Chicago, mieliśmy wrażenie, jakbyśmy tu już byli wcześniej. Dosłownie jak w filmie, jakby ludzie obok grali właśnie swoje role.
Pobyt w USA był bardzo inspirujący. Samochody, ulice, mentalność ludzi - wszystko wydawało się zaskakująco znajome, a jednocześnie zupełnie odległe od Polski, Europy i niesamowicie kuszące. Ja byłem tam dosyć krótko, Kuba trochę dłużej, a Jacek - już po zakończeniu sesji nagraniowych - wyruszył jeszcze do Los Angeles.
Jak pracowało wam się z takim człowiekiem, jak John McEntire?
McEntire jest fachowcem. Ma ustalony tryb pracy, który nam bardzo odpowiadał. W Polsce pracowalismy już z prawdziwymi profesjonalistami, jak na przykład Marcin Gajko i Leszek Biolik. McEntire'a wyróżnia jednak niezwykłe podejście do życia. On nie musi się z nikim ścigać, nie ma w nim żadnej niezdrowej ambicji, a przy okazji McEntire kocha to, co robi.
Pracowaliśmy w bardzo swobodnej, pełnej żartów, atmosferze. McEntire wydobywał z nas wiele pomysłów; najczęściej jednak też po prostu dawał nam wolną rękę i rejestrował to, co graliśmy. Przy okazji służył radą. Pracowaliśmy tylko my i John, bez dodatkowych inżynierów dźwięku czy ekipy technicznej.
Nagraliście już płytę w USA, więc może planujecie jakąś promocję na Zachodzie? Miło byłoby przeczytać o The Car Is On Fire na Pitchforku.
Temat Pitchforka jest bardzo drażliwy w naszym zespole...
Dlaczego?!
Codziennie, w drodze do studia, przechodziliśmy obok redakcji Pitchforka i... Nie wiedzieliśmy o tym. Mogliśmy tam wstąpić, podrzucić płytę.... Nieważne, to drażliwy temat (śmiech). A jeśli chodzi o promocję, każdy z nas pewnie marzy o tym, ale na ten moment nie jest to jeszcze możliwe. Mamy już jednak pewne sukcesy. Sporadycznie gramy koncerty za granicą, a nasze dotychczasowe płyty ukazały się w Japonii.
Jak w ogóle doszło do tego, że wasze płyty ukazały się w Japonii?
Potęga internetu. MySpace. Jeden człowiek z Kioto, właściciel małego labelu, napisał do nas, że podoba mu się nasza muzyka, i poprosił o wysłanie płyt do dystrybucji. Jakiś czas potem odezwał się jego kolega, właściciel większej wytwórni - ThisTime Records, i napisał, że chciałby tę płytę wydać w Japonii. I tak to się potoczyło.














