Czy macie czasem dość zgiełku za oknem i świata rozpędzonego do granic możliwości? Chcecie może wstrzymać się na chwilę i odłączyć od planów i ścisłych harmonogramów?
Czy chcecie posłuchać co jakiś czas czegoś innego niż głębokie alegoryczne filozoficzne rozważania, nad których zrozumieniem trzeba się skupić i pogłowić? Jeśli choć na jedno z powyższych pytań odpowiedzieliście "tak" to z pomocą przybywa jedyny w swoim rodzaju i niepodrabialny Devin The Dude.
Jest sobotnie południe, głowa nie funkcjonuje jeszcze jak powinna, a zwleczenie się z łóżka staje się nie lada problemem. Wszelkie dźwięki irytują i denerwują... Poza leniwie sączącym się z głośników debiutanckim materiałem reprezentanta Houston, który w tych ciężkich chwilach pomaga przyjemnie zawiesić się w przestrzeni i powoli wrócić do rzeczywistości. Devin receptą na wszystko?
"Palę i piję ciągle, nawijam tylko o tym, bo nic więcej nie robię" - ten cytat z jednego z numerów, to chyba idealna ilustracja podejścia do życia Dude'a. Charakteryzuje go wieczny luz i egzystencja we własnym świecie, w którym życie toczy się dużo wolniej i spokojniej, oscylując wokół kobiet i używek. Jednak we wszystkim nie znajdziemy ani trochę lansu czy napinki - Devin jest wręcz pocieszny, i od razu zyskujemy do niego sympatię, gdy opisuje wszystkie swoje wady, albo imprezowe wpadki. Do życia podchodzi z humorem i potrafi naprawdę rozbawić. Jako raper jest niezły, ale jako wokalista znakomity - ciepłym, chilloutowym głosem na płynących, wzbogaconych lekkim i głębokim basem podkładach, wyśpiewuje historie, które jednym przyprawią uśmiech na twarzy, a innym - rumieniec. Melodykę i wyczucie rytmu ma nieprzeciętne, dlatego słucha się tego wybornie, a gdyby nie tak "swojska" tematyka, to z pewnością media nie przegapiłyby wyjątkowego potencjału.
Tempo świata i wszechobecny wyścig szczurów ani trochę go nie obchodzą. Słysząc leniwe "Do what the f*ck you wanna do, say what the f*ck you wanna say" odpływamy do krainy, gdzie wszystko wygląda inaczej i przestajemy przejmować się kolejnym, ciężkim dniem, czy niekończącym się korkiem w centrum. Nawet goście pokroju Scarface'a czy Spice 1'a stają się tu tylko tłem i uzupełnieniem. Magia działa na wszystkich - nie przypadkiem Dr. Dre, tuż po usłyszeniu płyty The Dude (która nie miała wielkiej promocji ani żadnego klipu), zadzwonił do naszego bohatera, by koniecznie zaprosić go na kultowe 2001.
Spore inspiracje Devinem słychać również na ostatniej płycie Mesa, w takich numerach, jak To Już czy Giń Kochanie. Zresztą także w jednym z ostatnich wywiadów Mes przyznał, że ze swoim - tak odróżniającym się od wszechobecnej twardości i lansu - charakterem i bezkonfliktowym podejściem do świata, houstończyk jest jego muzycznym autorytetem, na którego koncert w Polsce wydałby każdą sumę. Gwarantujemy, że gdy kiedyś, w słoneczny czy pochmurny, dobry czy zły dzień, sięgnięcie po debiutancką płytę Devina, to także zapałacie do jego muzyki niegasnącą miłością. To po prostu jest gość.














