Na tę płytę wszyscy czekali z niecierpliwością już od Underground Kingz, a szczególnie od tragicznej śmierci Pimpa C. Bun B dopracowywał ją długo, chcąc sprostać zadaniu i odpowiednio uczcić pamięć o zmarłym przyjacielu.
Teraz, gdy 4 Life w końcu trafiło do sklepów, możemy zadać sobie pytanie - "Czy udało mu się?". My postaraliśmy się odpowiedzieć na nie w naszej recenzji.
Od początku do końca czuje się, że ta płyta brzmi tak, jak miała i tak jak powinna. Co niestety w wypadku wszelkich tribute'ów i albumów pośmiertnych jest raczej chlubnym wyjątkiem niż zasadą - patrz Duets Notoriousa B.I.G. Bun B odwalił kawał doskonałej roboty i doprowadził do końca materiał, który jest definicją marki UGK. Niesamowicie płynący, leniwy, stylowy, chilloutowy, bez żadnych inspiracji panującymi trendami, a raczej samemu oddziałujący na całe środowisko. Bity sięgają nawet do soulu, delikatnego swingu czy country, ciągle trzymając spójność i vibe.
Pimp nawija we własny niepodrabialny sposób, sporo śpiewa oraz wymyka się ramom gatunkowym. Podobnie Bun, pokazujący, że nowojorskie bity rozsadza na featuringach, ale jednak brzmienia z Port Arthur to jego prawdziwa natura. Tekstowo dostajemy kolejną porcję humorystycznych playerskich opowieści, pełnych luzu i charyzmy. Pimp i Bun uzupełniają się idealnie nawet teraz i wciąż materiał niesie niesamowity klimat UGK. Dużą rolę odgrywają tu sprawnie i odpowiednio dobrani goście - zasłużeni, doświadczeni, stylowi i pasujący. Takie ksywki jak E-40, Too $hort, B-Legit, 8-Ball, MJG czy Snoop Dogg mówią same za siebie. Całość uzupełniają wokalne popisy postaci takich jak Raheem DeVaughn, Ron Isley czy Sleepy Brown. Jedyne "ale" można mieć do obecności Akona, który ze swoim wyciem - choć i tak zaskakująco udanym - w ogóle nie pasuje do spójnej całości oraz Webbiego, którego głos irytuje, a on sam jest po prostu słaby.
Bez względu na wszystko 4 Life spełnia oczekiwania, będąc bardzo udanym i od początku do końca przemyślanym hołdem dla Chada Butlera i zamknięciem rozdziału pod nazwą UGK. Chciałoby się, żeby wszyscy w ten sposób podchodzili do pośmiertnych wydawnictw, zamiast rozmieniać sławę legend na drobne. Piękna płyta i mocne 5.














