Przed nowym albumem Paul Wall zapowiadał spory krok do przodu. Twierdził, że dojrzał i dotyka poważniejszej tematyki a poza tym nie dość, że on rozwinął się lirycznie to jeszcze udało mu się dobrać lepsze bity.
Z ciekawością czekaliśmy więc na premierę Fast Life, by sprawdzić czy coś w tym jest, czy to tylko czcze przechwałki. A nasze zdanie przedstawiamy wam w recenzji.
Rozpoczyna się dość ciekawie, bo I Need Mo z Kobe to naprawdę konkretny track. Możemy też zaobserwować całkiem niezłe i różnorodne podkłady. Wall bardziej się otwiera, stawia wreszcie na jakąś głębszą treść, a w Daddy Wasn't Home ociera się o ekshibicjonizm. Zauważamy pewne zapowiadane znamiona dojrzałości i rozszerzenie tematyki. Dlatego, choć gospodarz tradycyjnie nie powala nawijką, to słucha się tego całkiem przyjemnie. Warto zaznaczyć, że grillmajster duże wsparcie dostaje od gości. Tech N9ne, Lil Keke czy Too $hort wnoszą sporo na płaszczyźnie zwrotkowej, a Z-Ro, Kobe czy Marty James dokładają bardzo udane refreny.
Niestety nie obyło się bez mocno przeciętnych imprezowych wypełniaczy na minimalistycznych bitach. Więcej - jeden z nich (Bizzy Body) trafił nawet na singiel. Za to Lemon Drop brzmi jak lekko zmodyfikowane Lolli Lolli Three 6 Mafia. Sprawia to, że materiał z potencjałem na - rzeczywiście - krok do przodu, w najlepszym wypadku zbliża się do dość udanego The People's Champ. A szkoda, bo Paul - mimo że raperem jest jedynie poprawnym - zgromadził naprawdę mocną ekipę, i Fast Life mogło być czymś więcej niż jednym z wielu południowych krążków, o których poza Houston zapomni się już po paru tygodniach. Po odpowiednim wyselekcjonowaniu około połowy materiału można od czasu do czasu odpalić w furze, ale za całość trója z małym plusem.














