Lily Allen się zmienia. Już nie jest słodko wyglądającą panienką, jaką znamy z klipu do przeboju Smile. Jej przemianę świetnie obrazuje tekst do piosenki Everyone's At It, gdzie dziewczyna w depresji zamiast brać Prozac, szprycuje się crackiem.
Taką Lily Allen, jakby pod wpływem niedozwolonych środków, znajdujemy na płycie It's Not Me, It's You. Przymykając oko na idiotyczne wyznania Lily w tabloidach, ta odsłona brytyjskiej wokalistki podoba nam się dużo bardziej!
Pierwszy plus to teksty. Lily Allen może zgrywa się i pozuje na skandalistkę, ale w wyśpiewanych przez nią słowach pełno celnych spostrzeżeń (The Fear), odważnych sformułowań (Everyone's At It) i kontestatorskiego zacięcia (Fuck You?!). Nie warto może od razu stawiać Lily pomnika, ale poważne podejście do tekstów, niecodzienne w muzyce popowej, po prostu się chwali.Drugi plus to już muzyka. Tym razem Lily Allen zrezygnowała z pracy z wieloma producetami na rzecz jednego człowieka, Grega Kurstina, znanego z The Bird and the Bee. To posunięcie sprawiło, że album nie dość, że brzmi spójnie, to jeszcze wyróżnia się charakterystycznymi dla Kurstina melodiami. Wiele nowych piosenek Lily - I Could Say, Back to the Start czy Fuck You po delikatnej obróbce świetnie odnalazłoby się na fantastycznej płycie Ray Guns Are Not Just the Future, wydanej przez band producenta.
Najlepsze piosenki na It's Not Me, It's You? Na pewno początkowy tryptyk z Not Fair w zakończeniu, gdzie napięcie nie spada aż do ostatniej sekundy. Wyróżnia się też świetne Back To The Start z przetworzonymi dźwiękami gitary i zaskakujące, nieco wodewilowe Fuck You. Jako całość, album trzyma jednak całkiem wysoki poziom, dlatego wszystkim spragnionym ciekawego popu bez poczucia straty czasu - radzimy jak najszybciej sięgnąć po drugi album Lily Allen!














