Sporo czasu już minęło od premiery drugiego solowego albumu Q-Tipa - lidera Native Tongue Posse i A Tibe Called Quest, ale decyzja o nierecenzowaniu tego albumu "na gorąco" okazała się słuszna. Do The Renaissance na początku trzeba się trochę przekonywać, nie wszystkie melodie od razu zapadają w pamięć, nie wszystkie teksty imponują, nie każdy bit porywa. Dziś, po bardzo wielu przesłuchaniach, można jednak spokojnie powiedzieć, że ten album jest naprawdę wielki.Q-Tip zrobił tą płytę tak, jakby wiedział, że jest ona teraz bardzo potrzebna, jakby czuł odpowiedzialność za gatunek, w którego rozwój włożył tak wiele pracy i inwencji. Owszem, pełnymi garściami czerpie z funku, soulu i elektroniki, ale przy tym nie ma żadnej wątpliwości, że wszystko wykorzystuje w celu stworzenia krystalicznego hip-hopu.
To prawda, że bardzo pomogli mu przy pracy nad tą płytą Antuan Barrett (odpowiedzialny za bas), Marc Colenberg (specjalista od perkusji) i Kurt Rosenwinkle (całkiem przyzwoity gitarzysta), którzy dali tej płycie bardzo ciepłe, przyjemne dla zmęczonego elektroniką ucha, brzmienie. Dzięki nim płyta sama wpada w ręce, kiedy szuka się czegoś, co pozwoli nam usiąść i spokojnie odprężyć się przy głębokich, przestrzennych basach i przepięknej, znakomicie pobrzmiewającej perkusji. Nie brak tutaj też melodii, które zniewalają. Weźmy takie Shaka - chillujący bit, który - dzięki elektronicznemu posmakowi - dodaje kawałkowi takich rumieńców, że nie sposób go nie podziwiać. Na Renesansie znajduje się też genialna ze wszech miar perła J Dilli - Move (połączona z przemistrzowskim The Renaissance Rap).
Dawno nie w hip-hopie hip-hopie czegoś tak innowacyjnego, co - przy okazji - nie jest dziwacznym poszukiwaniem inspiracji, w miejscach do tego nieadekwatnych. Dużo tu żywych instrumentów, ale - na przykład takie Won't Trade - wręcz nachalnie pokazuje, że Q-Tip wie, jak sprawnie i w oryginalny sposób, używać sampli.
Płytę bardzo ciekawie uzupełniają goście - Norah Jones, Amanda Diva, D'Angelo i Raphael Saadiq. Niezły zestaw. Sam Q-Tip nie miał na celu pokazania swoich szaleńczych umiejetności mikrofonowych, ale rapuje rozsądnie, sprawnie, i wypada conajmniej bardzo dobrze. Bawi się brzmieniem słów, w każdym wersie pokazuje, że jest zakochanym w rapie nastolatkiem w ciele dorosłego faceta. Piękne jest to, że - mimo zupełnie odmiennego brzmienia - nadal odczuwa się w tym albumie duszę A Tribe Called Quest. The Renaissance to zdecydowanie top 3 albumów zeszłego roku, i jedna z najważniejszych płyt ostatnich lat. Poświęćcie jej czas, na który zasługuje!














