Druga połowa lat '80-tych to okres, gdy pierwsza fala muzyki klubowej święciła tryumfy - zarówno w klubach europejskich, jak i miejscówkach znajdujących się w dużych miastach Stanów Zjednoczonych, takich jak Chicago. Początek lat '90-tych - z kolei - to czas, gdy całkiem spora ilość klubowych kawałków miała już zaliczoną rezydencję w górnych częściach najlepiej sprzedających się singli w Stanach. Wystarczy wspomnieć tu choćby o takich utworach, jak The Power, nagrane przez Snap!, Pump Up The Jam Technotroniku, czy Groove Is In The Heart Deee-Lite (z płyty World Clique, której recenzję możecie przeczytać na naszych łamach). Jednak to C+C Music Factory było projektem, który przypuścił szturm na #1 Billboardu w Stanach Zjednoczonych w 1990 roku, z utworem Gonna Make You Sweat (Everybody Dance Now). Kawałek ten łączy masywne, dance'owe bity, charakterystyczne dla muzyki tanecznej z wczesnych lat '90-tych, energetyczne, głębokie i pełne, kobiece wokale (w C+C Music Factory odpowiedzialna za nie była Martha Wash, znana z duetu The Weather Girls, z którym wylansowała w 1982 roku utwór It's Raining Men), oraz rapowane zwrotki, za które - w opisywanym projekcie - odpowiadał Freedom Williams.
Wszystko to złożyło się na jeden z największych hitów 1990 roku, i - patrząc z dzisiejszej perspektywy - absolutny klasyk muzyki klubowej, tej rasowej, głęboko zakorzenionej i transkontynentalnej, a nie charakterystycznej dla danego obszaru świata.
Nie obyło się jednak bez kontrowersji - wybuchły one, gdy okazało się, że za wokale odpowiada - wspomniana wcześniej - Martha Wash (mówiąc łagodnie - nie należąca do najszczuplejszych), ale oficjalną twarzą projektu, występującą na scenie jak i w teledysku do Gonna Make You Sweat (Everybody Dance Now), była Zelma Davis, urodzona w Liberii wokalistka, o dużo bardziej atrakcyjnym - z marketingowego punktu widzenia - wyglądzie. Na szczęście nie skończyło się to wszystko z takim hukiem, jak podobny skandal w wykonaniu Franka Fariana i Milli Vanilli - być może dlatego, że Zelma okazała się być nie tylko całkiem zgrabną, ale i uzdolnioną wokalnie osobą, która udzieliła się wokalnie w kilku utworach z płyty - i to z całkiem niezłym skutkiem.
Co do bezpośredniej zawartości płyty - utwór, który jest na płycie kolejnym, po Gonna Make You Sweat..., noszący tytuł Here We Go, Let's Rock & Roll i będący mieszanką house'u, hip-hopu i rocka, stał się również niezłym przebojem, wpadając - między innymi - na miejsce 3. listy przebojów Billboardu.
Trzeci utwór na płycie, i jednocześnie trzeci singiel, zatytułowany Things That Make You Go Hmmm..., opiera się na zwrocie spopularyzowanym przez Afroamerykańskiego komika, Arsenio Halla, budując wokół niego niezywkle chwytliwy kawałek - który wdrapał się na 4. miejsce listy przebojów, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Wielkiej Brytanii. Ostatni singiel z płyty, i - uwaga uwaga - czwarty utwór na płycie, to Just A Touch Of Love - elegancki, gładki i szykowny, house'owy numer, pozbawiony rapu, za to zawierający wokale wspomnianej wcześniej Zelmy Davis. I choć jest to utwór naprawdę dobry, nie odniósł on aż takiego sukcesu, jak poprzednie.
Całkiem nieźle Zelma poradziła sobie też na Live Happy - klimatycznym i energetycznym, house'owym numerze. Na płycie warto zwrócić uwagę również na zakręcony rap (rozbrzmiewający klimatem Tom's Diner Suzanne Vega, zremiksowanym przez DNA), obecny w utworze A Groove Of Love, a także powabny i przepełniony erotyzmem Ooh Baby, stanowiący całkiem niezły rarytas - wokalnie udziela się tam jeden z producentów C+C Music Factory, David Cole, który zazwyczaj unikał mikrofonów, woląc stać za stołem mikserskim.
Na początku 2009 roku album ten słucha się z wyjątkowym zaciekawieniem - niezależnie od tego, czy było się już obecnym na świecie na przełomie lat '80-tych i '90-tych, czy też noworodzącą się wtedy muzykę klubową zna się jedynie z opowiadań rodziców. Grupa w dzisiejszych czasach już nie istnieje - jak niemal bez wyjątku wszystkie, dance'owe projekty z tamtych czasów - ale ich pierwszy album pokazuje, jak wielką machiną był projekt Roberta Clivillésa i Davida Cole'a. Gonna Make You Sweat, pomimo kilku słabszych momentów, to album, który w wymowny sposób ukazuje brzmienie muzyki klubowej z początków poprzedniej dekady. W porównaniu do obecnych utworów granych w klubach, brzmi archaicznie, ale stanowi swoisty artefakt z dawnych czasów.














