
Macie już wizję tego, jak wasz debiutancki album będzie wyglądał?
Jeszcze nie. Wynika to z tego, że mamy jeszcze małe doświadczenie jeśli chodzi o pracę w studiu nagraniowym. Sam proces nagrywania albumu jest dla nas nowością i wielu rzeczy będziemy musieli się nauczyć.
Gracie dość jednorodną muzykę. Nie obawiasz się, że na płycie może ona zabrzmieć monotonnie?
Czasami na koncertach nasza muzyka może wydawać się nieco monotonna. Wynika to jednak z tego, że gramy w bardzo wąskim instrumentarium. Na płycie chcemy wzbogacić nasze brzmienie przede wszystkim o klawisze.
Nie myślicie czasem o poszerzeniu składu Hatifnats?
Nie mamy nic przeciwko temu. Na pewno jednak naszą pierwszą płytę nagramy w dotychczasowym składzie.
W tym roku sporo graliście na wielu plenerowych festiwalach – Jarocin, Opener, itd. Niektórzy bardzo tego nie lubią. Jak jest z Hatifnats?
Bardzo to lubimy. Choćby dlatego, że świetnie wygląda ze sceny tłum ludzi. Jeśli chodzi o atmosferę, to rzeczywiście w klubie łatwo nawiązuje się kontakt, ale tak naprawdę granie na fesitwalach od grania w klubach niewiele się różni.
Bardzo dobrze wspominasz koncert Hatifnats na Słowacji. Dlaczego?
Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką reakcją publiczności. Publika była niesamowicie żywiołowa. To było wspaniałe.
Mógłbyś krótko przypomnieć historię Hatifnats.
Poznaliśmy się poprzez ogłoszenie w sieci. Przez dłuższy czas szukałem muzyków, z którymi mógłbym zacząć grać. W 2006 roku na wakacjach poznałem Mariusza, perkusistę. Rozpoczęliśmy próby. Przez pół roku graliśmy jako duet, tylko perkusja i gitara. Takie melancholijne The White Stripes. W styczniu 2007 roku dołączył do nas Adam. Też poznałem go w sieci. Gdy przyszedł do nas na próby, od razu wiedziałem, że będzie z nami grał.
Co myślisz o zespole Feel?
(zmieszanie) Zadziwił mnie ich sukces. Osiągnęli go przy pomocy jedynie trzech piosenek... Doskonale trafili w czas, w gusta. To chyba też sztuka - zarobić na sztuce. Ale zdecydowanie nie jestem fanem Feel.
Dziękuję za wywiad.














