Oczekiwania wobec najnowszej produkcji legendy Houston były naprawdę spore. Dlaczego? Po pierwsze, po wydaniu kilkunastu albumów niezależnie, teraz Lil Keke otrzymał szansę nagrania krążka w szeregach majorsowych.
Po drugie, data premiery była przekładana wielokrotnie, początkowo płyta miała ukazać się w 2006 roku. Czy Loved By Few, Hated By Many spełnia pokładane w niej oczekiwania?
Średnio. Keke już na debiucie, 11 lat temu, pokazał, że jest w stanie nagrać kozacki, dobrze i soczyście brzmiący i znakomicie przewinięty album. Dlatego, zestawiając okoliczności, spodziewaliśmy się powtórki z rozrywki i długo tworzonego, mocno dopracowanego pocisku Houston-Świat, wystrzelonego w majorsowych barwach. Za to dostajemy płytę najwyżej solidną.
Rapowo jest bardzo dobrze. Keke umiejętności nawijania nie stracił, a że jest jednym ze zdecydowanie najlepszych graczy na południowej scenie to płynie jak Phelps, wypluwa z siebie wersy jak kałasznikow i do tego doskonale komponuje się z bitami. Te za to są jedynie niezłe. Najlepiej brzmi bujający Money In The City, nagrany ze wsparciem Slim Thuga i Paul Walla, oraz chilloutowe Scholarships 2 The Pen i 4 Doors And Coupes. Wyróznia się też stricte "h-townowskie", powolne i bujające głową, I'm A G.
Dziwią za to spore odchyły w kierunku R'n'B, których wcześniej u Kekego nie słyszeliśmy. Brzmi to trochę jak chęć ułatwienia sobie mainstreamowego sukcesu, a działa raczej odwrotnie, bo to właśnie brzmienie Houston, którego pionierem jest nasz gospodarz, zdobyło tak dobrą pozycję w ostatnich latach. Jako ciekawostkę warto odnotować, że część refrenów wyśpiewuje żona króla grill-biznesu, Paula Walla, Crys.
W kwestii tekstowej również wiemy, że członka S.U.C. stać na więcej, bo pokazał to już nieraz. Tu jest nieźle, ale zarazem standardowo. Trochę o gangsterce, ulicach, ziomach, kobietach, przyprawione refleksjami. Jednak to już słyszeliśmy, podane ciekawiej lub na podobnym poziomie, więc jedynie pojedyncze numery przykuwają większą uwagę, na czele ze Scolarships 2 The Pen, które pokazują, że jak mały Don chce - to potrafi.
Podsumowując, jedna z wielu solidnych płyt Lil Keke, ale z uwagi na wyczekiwane i utęsknione wejście na wyższy szczebel promocji, spodziewaliśmy się esencji i wydobycia tego, co najlepsze. Stąd zawód, w skali szkolnej trója z malutkim plusikiem. Tytuł powinien więc nadal obowiązywać, bo tłumów nowych fanów raczej Keke nie zdobędzie. A szkoda.














