
Divertimento - solowy album Borysa Dejnarowicza może być dla wielu szokiem. Po odejściu z zespołu The Car is on Fire, muzyk porzucił na razie gitarowe granie ruszając w świat... ambientu i muzyki klasycznej. Nawet jeśli te szufladki nie oddają w pełni tego, co proponuje nam Dejnarowicz - z pewnością jednak im do tego najbliżej.
Kilka dni po tym, jak zdążyliśmy poznać Divertimento, zadaliśmy autorowi płyty kilka pytań.
Zacznę ten wywiad od przypomnienia Twoich słów, które padły podczas jednego wywiadu, udzielonego jeszcze za czasów The Car Is On Fire. Powiedziałeś wówczas: "trzecia płyta równie dobrze może być ambientem i nikomu z nas nie będzie źle z tego powodu, jeżeli tylko będziemy tak czuć artystycznie". Kiedy zrodziła się w Twojej głowie myśl o stworzeniu i nagraniu Divertimento?
Pamiętam rozmowę z Kubą Czubakiem [muzyk The Car is on Fire - przyp.red.] w trasie, gdy mówiliśmy o tym, jak należy odnosić się do oczekiwań słuchaczy. Wówczas zażartowałem mówiąc: "Dlaczego cokolwiek miałoby nas blokować? Dlaczego miałaby być jakaś presja? Dlaczego miałbym się sugerować faktem, że dla kogoś to może być kontrowersyjne? Równie dobrze możemy nagrać kwartet smyczkowy". Nigdy nie chciałem czuć się niewolnikiem konkretnej estetyki, ponieważ postrzegam muzykę całościowo. Kwestia doboru środków wyrazu jest wtórna w stosunku do treści muzyki, którą chce przekazać.
Jeśli chodzi o pomysł i powstawanie Divertimento, był to wieloetapowy proces. Najpierw zebrałem mnóstwo melodii, potem był plan na utwór w sensie formalnym, a dopiero na końcu wymyśliłem w jaki sposób go zaaranżować. Bardzo zależało mi na przejrzystości dźwięku i możliwości usłyszenia wszystkich dźwięków. Nie było to łatwe przy tak znacznej liczbie instrumentów. Stąd wybór akustycznych brzmień.
Skąd w ogóle pomysł powierzenia własnych utworów innym wykonawcom?
Miałem w głowie utwór, potem powstał w formie zapisu nutowego i stwierdziłem, że bardzo zależy mi na precyzji. Przy tak gęstej aranżacji nie mogłem sobie pozwolić na usterki wykonawcze. Dlatego doszedłem do wniosku, że muszę zaprosić do współpracy prawdziwych instrumentalistów. Oczywiście gdybym się uparł, umiałbym pewnie część tych motywów zagrać sam – na przykład na gitarze czy fortepianie. Niestety, zajęłoby to zbyt wiele czasu, a jakość byłaby mimo wszystko niższa. A mi zależało na końcowym efekcie. Więc aby zrealizować ideę w stu procentach, nie było innego wyjścia jak zaprosić sidemanów.
Jak wyglądała praca w studiu nagraniowym?
Przede wszystkim opierała się na partyturze powstałej przy nieocenionej pomocy Miłosza Wośko. Jako absolwent akademii muzycznej, zapis nutowy miał w jednym palcu. Praca w studiach Polskiego Radia wyglądała tak, że razem z Marcinem Gajko przesłuchiwaliśmy muzyków, grających nuty. W pewnym momencie zgłaszałem swoje sugestie, dotyczące sposobu wykonania danego fragmentu. Miałem konkretną wizję tego jak powinien brzmieć dany utwór i tego oczekiwałem. Muszę przyznać, że muzykom udało się oddać niemal perfekcyjnie mój pierwotny zamysł. Po nagraniu materiału przyszedł czas na montaż, miksowanie i produkcję, którymi zająłem się razem z Marcinem.
Part One rozpoczyna się w podobny sposób, co Music For Airports Briana Eno...
Brian Eno jest dla mnie bardzo ważną postacią. Wielka instytucja w świecie muzyki pop - nie będę się nad tym rozwodził. Imponujące jest to, że potrafił używać bardzo skromnych środków do stworzenia rzeczy naprawdę wielkich, trudnych do zrozumienia dla każdego. Pisząc ten wątek fortepianowy z Part One nie miałem przed oczami Eno. Tak naprawdę pierwszy raz z taką sugestią spotkałem się w rozmowie z Leszkiem Kamińskim, który masterował "Divertimento". W pewnym momencie Leszek zagadnął do mnie: "Słuchaj, ten powtarzający się w nieskończoność temat przypomina prace Briana Eno. Jestem jego fanem". Odpowiedziałem, że ja też i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z pewnego podobieństwa.
Czy Divertimento to ambient?
Nie wiem jak do końca definiuje się ambient, ale po części na pewno tak. Divertimento, moim zdaniem w ogóle funkcjonuje na kilku poziomach odbioru. Tę płytę można puścić sobie w tle, tak jak to robiło wielu moich znajomych i wtedy współgra ona z otoczeniem i tworzy klimat. Kiedy dobiega końca, czegoś jednak brakuje. Czyli ma to trochę wspólnego z założeniami Briana Eno. Z drugiej strony, nie musi to być jednak ambient. Gdy skupimy się na muzyce i zaczniemy rozpatrywać krok po kroku, co się dzieje w utworach, wtedy Divertimento nie jest muzyką otoczenia, ale swego rodzaju narracją, za którą człowiek podąża.











