x

FESTIWAL NOWA MUZYKA - dzień II

Najlepszy dzień festiwalu! Już w piątek bawiliśmy się w świetnie, ale to dopiero w sobotę poziom muzyki i rozrywki przekroczył wszelkie normy!

Kto na festiwalu grał na saksofonie? Komu Dick4Dick dedykowało piosenkę 'Dick In Your Mauf'? Fragment jakiej piosenki Doorsów wykonało The Heavy? Kto doprowadził publiczność do całkowitego wrzenia? I wreszcie jaki był najlepszy koncert festiwalu?!

Tego, i wiele wiele więcej dowiecie się po przeczytaniu relacji z drugiego dnia Festiwalu Nowa Muzyka!

W sobotę występy standardowo rozpoczęły się z kilkunastominutowym opóźnieniem. Gdy na scenie dał o sobie znać Tempfolder, pierwszy artysta dzisiejszego dnia, ruszyliśmy pod duży namiot.

TEMPFOLDER

Polski zespół Tempfolder zrobił bardzo dobre wrażenie. Grupa zagrała wciągające, improwizowane utwory w duchu King Crimson. Ciekawym pomysłem było użycie saksofonu, którego szalone partie niesłychanie ubogaciły nagrania.

Mimo niecodziennego jak na festiwal instrumentarium, propozycja grupy przypadła do gustu zgromadzonym pod dużym namiotem.

DICK4DICK

Koncertowa sława i wybitna płyta 'Grey Album' w dorobku – z tych powodów po występie Dick4Dick obiecywaliśmy sobie bardzo wiele. Jednak tak świetnego występu zupełnie się nie spodziewaliśmy!

Ubrani w obcisłe ciuszki i zabawnie ucharakteryzowani, Dicki od początku podbiły serce publiczności. Już samo przedstawianie zespołu na początku występu wypadło przekomicznie – a był to dopiero początek słownych potyczek Bobby Dicka i Nygga Dicka. Szczytu sięgnęli, gdy numer 'Dick In Your Mauf' zadedykowali... własnemu menagerowi.

Rozrywkowe show swoją drogą, ale Dick4Dick zagrało takżę kawał fantastycznej muzyki. Przede wszystkim, zaprezentowali niemal cały materiał z płyty 'Grey Album', który na scenie wypadł niemniej okazale niż w studio. Co ważne, wykonywali nie tylko te prostsze nagrania, ale również bardziej złożone i wielowymiarowe utwory jak 'Gina' czy nawet 'Children Of God'. Dopiero pod koniec grupa zrobiła ukłon w stronę debiutanckiego krążka i zagrała motoryczny, określony przez Bobby'ego Dicka jako ,,stary strucel'' numer 'Technology'.

THE HEAVY

Już po koncercie polskiej kapeli czuliśmy się usatysfakcjonowani, ale to, co zaprezentowało The Heavy przeszło wszelkie pojęcie. ,,Przyjechaliśmy tu zagrać rock'n'rolla'', zapowiedział zespół i tak właśnie się stało. Bez użycia laptopów czy konsolety dali najlepszy koncert festiwalu! Krótki, treściwy i maksymalnie energetyczny!

Rasowym showmanem okazał się czarnoskóry wokalista, Kelvin Swaby, który momentalnie nawiązał kontakt z publicznością (polskie dziewczyny!). Na scenie nie mógł wprost ustać w miejscu – co rusz biegał, wskakiwał na głośniki i co piosenkę przeistaczał się z rapera w rasowego rockowego wokalistę.

Grupa od początku uderzyła z całą mocą. Wykonania 'Set Me Free' czy 'You Don't Know' po prostu wbijały w ziemię. Warto odnotować dedykowane Polkom 'Girl', które błyskotliwie przeszło w 'Hello I Love You' The Doors.

Podsumowując, był to koncert na najwyższym poziomie. Choć debiutancki album grupy nas nie przekonał, w Cieszynie The Heavy pokazało, że ma w sobie ogromny potencjał.

JAMIE LIDELL

Po występie The Heavy, Jamie Lidell wypadł już nieco blado. Przyjechał do Cieszyna bardziej jako DJ niż reinkarnacja Wondera, więc niespecjalnie czarował głosem, a i szaleństw uwiecznionych na filmach z youtube było jakoś mniej.

Co ważne, materiał z ostatniego albumu wcale nie zdominował koncertu. Rozpoczął oczywiście od ostatniego singla 'Another Day', ale muzycznie występ bliższy był 'Multiply'. Jamie przede wszystkim produkował się za konsoletą sporo eksperymentując z własnym wokalem.

Na scenie towarzyszył mu Pablo Fiasco, który kamerował występ. Zbliżenia Jima, potraktowane w dosyć artystyczny sposób prezentowano na dwóch ekranach projektorów po obu stronach sceny.

Jednym z bisów było nagranie 'Multiply'. Trochę szkoda, że nie pokusił się o kolejne przebojowe piosenki z poprzedniego albumu. Z pewnością by na tym zyskał.

DEADBEAT

Po występie Jamie'go, który zakończył się kilka minut po dwudziestej trzeciej, spodziewaliśmy się dłuższego oczekiwania na gwiazdę wieczoru, Deadbeat. Scott Montheit zrobił nam jednak niespodziankę i swój koncert rozpoczął dwadzieścia minut przed północą. Był to pierwszy solista z prawdziwego zdarzenia na festiwalu. Wyszedł na scenę zupełnie sam, ale tego jak porwał publiczność mogli mu pozazdrościć wszyscy. Przy pomocy laptopa wymiótł tak fantastyczny set, że po półtorej godziny nikt nie chciał puścić go ze sceny. Czegoś takiego jeszcze na festiwalu nie widzieliśmy!

Przyznajemy, że oczekiwaliśmy bardziej minimalistycznego grania bliższego wcześniejszym płytom Deadbeat. Montheit postanowił jednak skoncentrować się na 'Journeyman's Annual'. Dać popis wielkich umiejętności łączenia stylów i na ich podstawie budowania własnego brzmienia. Zabieg udał się w zupełności, o czym świadczyła niezwykle żywiołowa reakcja publiczności.


dzień III

Gallerij: Deadbeat na FNM


Dodaj komentarz

Reklama

Artysta Tygodnia:

WaldemarKasta

NASI BLOGGERZY

  • Mateusz Natali Mateusz Natali
    Młody, uzależniony od pasji. Nałogowo pali mikrofony, chłonie dożylnie rap od boombapu po południe.
  • Robert Inglot Robert Inglot
    Kolekcjoner dobrych melodii i niebanalnych brzmień. Dźwięki durne i wtórne omija szerokim łukiem.
  • Daniel Wardzinski Daniel Wardzinski
    Fanatyk i fundamentalista. Bardzo niebezpieczny dla społeczeństwa. Za generalizowanie i stereotypy przegryza tętnice.

BLOG ROLL

AOL Music